III
Windsurfingowe Mistrzostwa Polski w Snowboardzie
***
Szklarska Poręba, Hala Szrenicka 19 marzec
2005
Wiosna w pełni i niektórzy mają już za
sobą sporo sesji na wodzie. My nie czekaliśmy na pierwsze
wiosenne 4Bf. Zaczęliśmy z grubej rury, organizując po raz
trzeci Windsurfingowe Mistrzostwa Polski w Snowboardzie.
Dalczego
„Windsurfingowe”? Ponieważ celem imprezy było pokazanie,
że zima wcale nie musi być sezonem martwym dla surferów. Dlaczego „Mistrzostwa Polski”? A dlaczego by nie? Dlaczego „Snowboardowe”? Ponieważ deska windsurfingowa
w ślizgu niewiele się różni od snowboardowej w puchu, czy na
trasie boardercrossu.
Zacznijmy jednak po angielsku – od pogody. Aura była ważnym i
jedynym czynnikiem, na który organizatorzy imprezy nie mieli
wpływu. Nie martwiliśmy się o śnieg. Pewne było, że nawet
kilkunastostopniowe upały nie będą w stanie tak szybko
zamienić w wodę rekordowej warstwy śniegu, która na tydzień
przed zawodami sięgała powyżej pierwszego piętra schroniska na
Hali Szrenickiej [foto]. Nie martwiliśmy się także wiatrem, do
którego my windsurferzy jesteśmy przyzwyczajeni. Problem mógł
stanowić deszcz i ewentualna gęsta mgła. W piątek, dzień przed
zawodami natura była przeciwko nam: na Hali padał deszcz, była
gęsta mgła i wiało tak, że gdyby ktoś chciał spróbować w tych
warunkach nowego sportu, jakim jest snowkiting [foto] mógłby z
powodzeniem zastosować chusteczkę do nosa zamiast latawca.
Beznadziejna aura nie przeszkodziła jednak w dotarciu do nas snowboarderom,
którzy już w piątek stawili się na Hali Szrenickiej w liczbie
przekraczającej ilość wolnych pryczy w schronisku – wielu
nocowało na deskach w świetlicy.
Na szczęście
prognozy na następny dzień były więcej niż optymistyczne. Nazajutrz
pogoda rzeczywiście z każdą godziną stawała się coraz lepsza,
a po południu na horyzoncie pojawiło się słońce i zrobiło się
niemal bezwietrznie. Niestety, czego można było się
spodziewać, piątkowy deszcz i sobotni mróz zrobiły z Hali
jedno wielkie lodowisko, co oznaczało poważne kłopoty w
przypadku zaliczenia gleby. Zagrożenie stanowili również
niektórzy zawodnicy. Oprócz starych wyjadaczy
pojawili się także początkujący, w terminologii windsurfingowej zwani „żółtodziobami”, a w snowboardingu
„leszczami”. W końcu zawody miały rangę „Mistrzostw Polski”, a
to w połączeniu z konkretnymi nagrodami czekającymi na linii
mety powoduje, że leszcze z żółtymi dziobami często zostawiają
zdrowy rozsądek na linii startu. Oczywiście w tej sytuacji, my
jako organizatorzy tego cyrku, nie mogliśmy sobie pozwolić na
prawdziwy boardercross. W trosce o bezpieczeństwo zawodników
trasa została poprowadzona tak, aby nie była zbyt szybka.
Zrezygnowaliśmy również z dziesięciometrowego kickera, którego
wyznaczona trasa omijała z daleka.
Ostatecznie wszyscy wykazali się zdrowym rozsądkiem. Obyło się
bez strat w ludziach i sprzęcie - wszyscy dobrnęli do mety w
całości.
Rozegrane zostały obydwie planowane konkurencje:
minibordercross oraz „Wielka Szrenicka”.
Na linii startu do boardercrossu stawiło się 54 zawodników, a
wśród nich całe snowboardowo-windsurfingowe klany rodzinne.
Podobnie jak w poprzednim roku trasę pokonywały jednocześnie
dwie osoby [foto].
Średni czas wyniósł 00:45,83 min. Tradycyjnie Windsurferzy z
czasem 00:39,87 min dołożyli niepływającej Reszcie Świata
(00:55,11 min). Najlepszym w klasyfikacji generalnej okazał
się Bogdan Gut (00:30,58 min) , który zgarnął główną
nagrodę (wiązania z górnej półki Flow Pro S FS) ufundowaną
przez firmę Board Travel. Jednocześnie Bogdan był najlepszy
wśród pływających. Zwycięstwo w tej kategorii pozwoli mu
rozpocząć sezon windsurfingowy w nowym trapezie ufundowanym
przez sklep internetowy Surfmix.com oraz gadżetami CocaColi.
Na pudle stanęli także: Robert Urbaniak ( drugie
miejsce w klasyfikacji generalnej i pierwsze wśród
niepływających) oraz Maciej Gut Junior (trzecie miejsce
w klasyfikacji generalnej i drugie wśród windsurferów).
W kategorii Pań bez niespodzianek. Na najwyższym podium
stanęła, tak jak w poprzednich dwóch edycjach, Paulina
Różyło (00:34,86 min). Drugie miejsce zajęła Agnieszka
Gut Junior (00:35,05 min), a tuż za nią uplasowała się
Adriana Olech (00:35,51 min).
Druga
konkurencja polegała na pokonaniu tej samej trasy z kubkiem
wypełnionym płynem [foto]. Do wyboru mieliśmy jagodziankę POWERADE sponsorowaną przez CocaColę lub
niesponsorowane piwo.
Nikt nie prowadził statystyki, ale wyglądało na to, że napój
energetyzujący CocaColi cieszył się równym albo i większym
powodzeniem niż płyn z pianką. W ubiegłych latach prawie
wszyscy dojeżdżali do mety z pełnym kubkiem – wyjątek
stanowili ci najbardziej spragnieni, którzy swój kufelek
opróżnili w trakcie jazdy lub pechowcy, którzy zaliczyli
glebę. Tym razem reguły zostały zaostrzone i uproszczone. Piwo
i POWERADE lane były do określonego poziomu i aby wygrać
należało w jak najkrótszym czasie dowieźć tyle płynu ile
zostało nalane na starcie. Większość zawodników wybrała błędną
strategię, próbując za wszelką cenę pokonać trasę w jak
najkrótszym czasie. W rezultacie sporo osób zameldowało się na
mecie z poziomem płynu poniżej kreski. Jednym brakowało
więcej, innym tylko trochę [foto]. Reguły były jednak
nieubłagane – uronienie nawet kropli groziło dyskwalifikacją.
Niestety nie wszyscy zdawali sobie z tego sprawę. Aby wygrać bardziej liczyła się rozwaga niż brawura. Jednym z
tych, którzy zastosowali „złoty środek” odpowiednio
dostosowując prędkość do warunków jazdy, był ponownie
Bogdan Gut. Do wiązań wygranych w poprzedniej konkurencji
Bogdan dołożył deskę.... [foto] oraz komplet nagród
ufundowanych między innymi przez CocaColę.
Nie
przewidziano klasyfikacji rodzinnej, ale gdyby taka istniała
to bezkonkurencyjnym okazałby się Gut-team, a pod względem
liczebności team Stefaniaków (4 sztuki).
Rozdanie
nagród odbyło się o 18:30, jak zwykle w schronisku [foto]. Tym
razem obyło się bez poślizgu, które trafiały się w poprzednich
latach. Pomimo dużej ilości nagród wszystko odbyło się bez
większych zgrzytów. Za sprawą wszędobylskiego Batmana [foto]
atmosfera przypominała windsurfingowy luz rodem z helskich
kampingów, a nie sztywną ceremonię kojarzoną z zawodami rangi
„Mistrzostw Polski”.
Po zakończeniu
części oficjalnej najbardziej wytrwali jeszcze raz przypięli
deski i poszli wypróbować przy świetle księżyca świeżo
wyratrakowaną nawierzchnię Hali. Pozostali wybrali wspólne
oglądanie zdjęć na telebimie. Nie obyło się także bez baletów w trakcie, których rozegrane zostały halowe mistrzostwa
we fristajlu. Na pierwszy ogień poszły skrzynki z piwem za
pomocą, których sprawdzana była wytrzymałość zawodników
[foto]. W następnej testowaliśmy najnowsze kaski snowboardowe
wyposażone w camelbagi [foto]. W ostatniej konkurencji
testowaliśmy narty [foto]. Okazuje się, że narty mają pewne
wspólne cechy ze snowboardem – na stoku łamią się równie łatwo
jak zapałki, a pod naporem piłki do metalu są wytrzymałe jakby
były zrobione z tytanu. Najlepsi w konkurencjach fristajlowych
mieli okazję wygrać między innymi elektroniczne tarcze do
darta ufundowane przez CocaColę.
Zgodnie z
prognozą niedzielny poranek przywitał nas po włosku – za oknem słońce
rodem z Val di Sole [foto]. Z godziny na godzinę temperatura
rosła, a warstwa ubrań topniała. Koło południa Hala
przypominała raczej nadmorską plażę [foto] niż górski stok
położony na wysokości 1200 m.n.p.m. Większość przywitała
pierwszy dzień wiosny jeżdżąc w T-shirtach lub bikini [foto].
Byli również tacy, którzy poszli o krok dalej i o krok za daleko
[foto]. Nie wiadomo czy miała na to wpływ pogoda, czy tzw.
zespół dnia wczorajszego, w każdym razie zapas POWERADE’A,
który pozostał po imprezie topniał równie szybko jak ubrania
[foto].
W godzinach
popołudniowych rozpoczęła się ewakuacja. Wszyscy z żalem
opuszczali Halę. Spora grupa postanowiła jednak pozostać
jeszcze na dzień lub dwa pod pretekstem opalenia drugiej
połowy twarzy, którą przez całą niedzielę zasłaniały gogle.
Trudno oceniać
zawody z punktu widzenia organizatorów. O tym czy impreza
wypaliła decydują uczestnicy, a wśród nich jak zwykle znaleźli
się obok zadowolonych również malkontenci. W ubiegłym roku
pretensje dotyczyły hopek, na których wywróciło się paru
nieszczęśników. Także i tym razem w kuluarach schroniska można
było usłyszeć mniej lub bardziej absurdalne pomysły
organizacyjne. Na przykład padały zarzuty, że jedna osoba
zgarnęła najbardziej wartościowe nagrody, a ktoś tam inny
dostał dwa pokrowce. Niektórzy z tych, co postawili wszystko
na jedną kartę i nie dojechali do mety z pełnym kubkiem,
zgłaszali pretensje, że reguły „Wielkiej Szrenickiej” były
zbyt rygorystyczne. Padały propozycje, żeby następnym razem
wprowadzić kategorie wiekowe. Jednak wszelkie rekordy pobił
pomysł wprowadzenia dla aktualnego zwycięzcy kwarantanny w
następnych mistrzostwach.
Zawody na Hali
mają swoją unikalną formułę, która ulega modyfikacjom, ale
nigdy nie będzie przypominała prawdziwych zawodów
snowboardowych i nigdy nie zadowoli wszystkich. Na pewno
zawsze będziemy premiować najlepszych zawodników. Oczywiście
nie uniknęliśmy pewnych wpadek organizacyjnych, jednak było
ich mniej niż w poprzednich latach. Czas pokaże czy impreza
się udała. Jeśli za rok ci sami malkontenci pojawią się na
Hali z nowymi pomysłami, my organizatorzy uznamy ten fakt za
bezprecedensowy sukces.
Zawody miałaby
zupełnie inny charakter gdyby nie sponsorzy. Od początku jest
z nami Deemeed (poprzednio Loop Performance), a prawie od
początku V-tech Sport, reprezentujący w Polsce F2, oraz biuro
podróży Windtravel. W tym roku dołączył do nas Board Travel
reprezentujący markę Flow oraz sklep internetowy Surfmix.com.
Jednym z głównych sponsorów była również CocaCola, promująca
napój energetyzujący POWERADE, a patronat medialny objął
magazyn windsurfingowy Surf It. Najbardziej jednak obiecujące
jest to, że kolejny raz zaufały nam lokalne firmy nie związane
ani ze snowboardem, ani z windsurfingiem, których właściciele
z wyjątkiem satysfakcji, nie mają praktycznie żadnego interesu
inwestując w zawody na Hali. Im właśnie jesteśmy najbardziej
wdzięczni.
Już teraz mamy
deklaracje nowych sponsorów i nowych rewelacyjnych nagród.
Pojawiły się jednak wątpliwości czy robienie imprezy z większą
pompą ma sens? Czy gdzieś po drodze nie zniknie luźna
atmosfera, którą dotychczas udawało się jakoś zachować podczas
tych trzech wspólnie spędzonych weekendów. Nikt z nas,
organizatorów nie zaprzątał sobie tym głowy. Pomyślimy o tym w
następnym sezonie gdy spadnie pierwszy śnieg. Póki, co
zamieniamy deski snowboardowe na windsurfingowe i bawimy się
dalej.
Komitet
Organizacyjny
SurfAkademia
Schronisko na
Hali Szrenickiej
Tradycyjnie na
zakończenie imprezy zrobiliśmy sobie grupowe zdjęcie:
W ubiegłym roku nikt nie poradził sobie z
pytaniem konkursowym więc tym razem zagadka jest banalna: Co z tym zdjęciem
jest nie tak? Oczywiście nie chodzi o to, że jest ono
kiepskiej jakości, czy też o to, że numer 15 bardziej
zainteresowany jest otwieraniem piwa niż pozowaniem. Zdjęcie
wyróżnia jeden szczegół, który zupełnie nie przystaje do
rzeczywistości. Wszyscy, którzy jeszcze nie zajarzyli o co
biega, mogą dla ułatwienia kliknąć na fotce aby ją powiększyć.
Czas na zastanawianie
się upłynął. Wydawałoby się, że z rozwiązaniem nie powinno być
problemu, a jednak ... padały różne odpowiedzi, których tutaj
nie będziemy cytować. Co nie zgadzało się z rzeczywistością?
Jeden z zawodników postanowił się
sklonować, a póki co
jeszcze tego nikt nie dokonał i miejmy nadzieję nie dokona.
Wśród prawidłowych odpowiedzi maszyna losująca wybrała
Krzysztofa Sitarka, który od dzisiaj przez równy rok
będzie otrzymywał magazyn windsurfingowy Surf It
zupełnie za friko. Gratulacje!