Nie jest rolą
organizatorów ocena, czy impreza była udana, czy też zakończyła
się fiaskiem. O tym być może przekonamy się za rok. Sukcesem
będzie jeśli spotkamy się w tym samym składzie plus jeszcze
kilka osób. To jednak (jeśli w ogóle) dopiero za rok. Wróćmy
do tego, co działo się na Hali w pierwszy marcowy weekend 2004
roku.... a jest co wspominać.
 |
Piątek |
„ Jak sobie pościelesz,
tak się wyśpisz” - przysłowie staropolskie
Pierwsi snowboarderzy
pojawili się na Hali już w piątek. Niestety dla tych, którzy
nie zarezerwowali sobie miejsca noclegowego z odpowiednim
wyprzedzeniem zabrakło łóżek. Część nocowała więc u
konkurencji (schronisko na Szrenicy, Ośrodek Kamieńczyk - w
likwidacji) a pozostali gdzie popadło. Największym wzięciem
cieszyła się podłoga w sali komputerowej oraz korytarz na
ostatnim piętrze. Zresztą po aktywnie spędzonym dniu nie było
chyba dla nikogo istotne gdzie przyjdzie mu przekimać. „Aktywny” dla jednych oznaczało cały dzień na desce, dla innych plażowanie
(foto), a dla jeszcze innych
biesiadowanie (brak foto).
Zgodnie z prognozą aura
była wyjątkowa. W słowniku slangu młodzieżowo-snowboardowego
dla określenia takiej pogody przewidziano termin „przepięknie”.
Ponieważ jednak każdy z nas (organizatorów) od dawna nie
jest zaliczany do młodzieży zgodnie stwierdziliśmy, że
pogoda była zajawkowa, czyli cool. Mrozik, słońce i zero wiatru, zresztą każdy może to
ocenić na podstawie tych kilku zdjęć w piątkowej galerii
(menu poniżej z lewej strony).
Wieczorem aktywność
zamarła. Jedni biernie obserwowali wyczyny uczestników obozu
taneczno-narciarskiego radiowej 3 (foto), natomiast reszta
obserwowała siebie nawzajem przy stolikach w "Piekiełku"
(brak foto).
 |
Sobota |
„Pogoda
jest jak rząd, zawsze nieodpowiednia” - Jerome K.
Jerome
Tym razem cytowana
maksyma sprawdziła się tylko połowicznie tzn. pogoda była
OK, a z rządem jak zwykle. Dzień przywitał nas
windsurfingową aurą - słońcu z poprzedniego dnia
towarzyszył wiatr. Co prawda zawody miały w nazwie
„Windsurfingowe ...” ale chyba żaden z uczestników tego
dnia nie tęsknił za nim. Nie powinniśmy jednak narzekać.
Od początku roku matka natura nas nie rozpieszcza, mieliśmy
sporego farta, że na przykład nie wiało z taką prędkością
jak dwa tygodnie wcześniej (ponad 108 węzłów; 56 m/s; 12 w
skali Beauforta; 200 km/h). Oczywiście warunki atmosferyczne
nie stanowią żadnej przeszkody, bowiem zawody odbyłyby się
nawet bez śniegu. Na taką okoliczność przygotowane zostały
konkurencje „indoors” m.in. światowa premiera najnowszej deski
Eli fristajl indoors, a także testy nart
klasycznych za
pomocą piłki (do metalu) oraz najnowszych modeli kasków
snowboardowych (foto). Na szczęście nie było potrzeby
wprowadzania w życie planu awaryjnego.
W sobotę od rana nadciągały
niedobitki, którym szefowie lub małżonkowie nie dali urlopu
na piątek albo też z powodów opisanych wyżej nie dostali
noclegu. Oprócz kilku (usprawiedliwionych) wyjątków listę
podpisali prawie wszyscy, którzy byli obecni podczas
poprzedniej edycji zawodów. Zabrakło chyba jedynie Hermana,
który przedstawił zwolnienie lekarskie na druku L4. Każdy
kto miał okazję poznać Hermana w ubiegłym roku dobrze wie,
że nie gustuje on w tego typu imprezach i dlatego nikt nie
uwierzył w jego rzekomą chorobę.
Ostatecznie na starcie
boardercrossu stanęło 44 (prawie dwukrotnie więcej niż w
ub.r.) zawodników i zawodniczek, reprezentujących bardzo zróżnicowany
poziom od początkujących lamerów po prawdziwych wyjadaczy
alpejskich stoków.
Ze względu, przede
wszystkim na poziom zaawansowania, trasa nie przypominała tej
z Winter XGames. Po
drodze do mety nie było żadnej wielkiej hopy. Jedyne
utrudnienie stanowiły trzy niewielkie garby (w tym jeden
naturalny).
Jak można było się spodziewać formuła BX, a zwłaszcza
start dwóch zawodników jednocześnie, okazał się
lepszym pomysłem od GS rozgrywanego w ubiegłym roku.
Przejazd zajmował przeciętnie 00:34,27, a różnica pomiędzy
najlepszym i najsłabszym zawodnikiem wyniosła aż 00:40,36.
Świadczyć to może tylko o zróżnicowanym poziomie startujących.
I właśnie o to chodziło. Ideą tej imprezy było to, aby w
jednej parze jechali: ten, który może na śniegu nie radzi
sobie najlepiej, za to na wodzie jest ekspertem z tym, który
snowboard zna od podszewki, natomiast windsurfing z TV.
Niestety jak to zwykle bywa nie wszyscy zrozumieli formułę
zawodów i rywalizację potraktowali zbyt serio. Tu i ówdzie
dało się słyszeć sporadyczne marudzenie, że usypane na
trasie dwa pagórki były albo za małe albo za duże albo źle
wyprofilowane albo w nieodpowiednim miejscu. Ustalając trasę
staraliśmy się pogodzić bezpieczeństwo tych początkujących
z atrakcyjnością przejazdu dla tych lepszych. Wynika z tego,
że nie jest to tak do końca możliwe. W każdym razie na
pewno w trakcie trwania zawodów nikt nie przestawiał tych
hopek z miejsca na miejsce i nikt nie zmieniał ich profilu -
wszyscy zawodnicy mieli więc równe szanse. Bordercross właśnie
na tym polega, że oprócz szczęścia decyduje ilość km
wyjeżdżonych nie tylko na wyratrakowanych trasach, ale
przede wszystkim poza nimi, w trudnym i zróżnicowanym
terenie.
Na pewno te dwa pagórki
nie były żadną przeszkodą dla Filipa Cupaka, który
uzyskał najlepszy czas w klasyfikacji generalnej, a także wśród
windsurferów (00:26,45). W kategorii „Pływający
inaczej”, czyli wśród szczurów lądowych najlepszy czas
(00:27,08) osiągnął Robert Urbaniak ( III miejsce w
klasyfikacji generalnej) . Żadnych niespodzianek nie było jeśli
chodzi o rywalizację kobiet, które na starcie stawiły się
w liczbie sztuk 11. Podobnie jak w ubiegłym roku główne
trofeum zgarnęła Paulina Różyło, która z czasem
00:28,92 zajęła ósmą lokatę w klasyfikacji ogólnej,
wyprzedzając wielu facetów.
Bezpośrednio po zakończeniu
pierwszego i jedynego biegu w boardercrossie, zawodnicy
wystartowali w drugiej konkurencji - Wielka Szrenicka. Zabawa
jak zwykle polegała na tym aby do mety dowieźć jak najwięcej
piwa w jak najkrótszym czasie. W przeciwieństwie do ubiegłego
roku trasa była nieco trudniejsza, a na pewno znacznie
szybsza. Niektórzy, mimo panującego mrozu, postanowili w
ramach dozwolonego dopingu upić co nieco płynu przed
startem, albo w trakcie jazdy. Inni z kolei mimo upadku nie
uronili żadnej kropli (foto), dowożąc do mety prawie pełny
kubek. Do tych ostatnich należy także Tomasz Uziembło,
który uzyskał znacznie lepszy czas niż w przejeździe bez
piwa (nie należy
tego faktu zbyt pochopnie interpretować) i pokonał w ten
sposób pozostałych rywali.
Wyniki w poszczególnych
kategoriach dostępne są z menu znajdującego się z lewej
strony.
Warto podkreślić, że
na trasie panowała przyjacielska atmosfera i to niezależnie
od tego czy jazda była z piwem, bez piwa czy po piwie. Co
dziwne do Komisji Sędziowskiej wpłynął tylko jeden spóźniony
protest. Może stało się tak dzięki zaporowej opłacie w
kwocie 10 pln, a może po prostu przyczynił się do tego
paragraf 13 niepisanego regulaminu imprezy, który jasno
stwierdza, że Komisja przyjmuje protesty ale ich w ogóle nie
rozpatruje.
Niestety konkurs Big Air
nie odbył się. W ubiegłym roku dostaliśmy wiele maili z
pretensjami dlaczego nie ma skoków. Gdy postanowiliśmy wyjść
naprzeciw zapotrzebowaniu okazało się, że wszyscy chętni
wymiękli. Prawdopodobnie obleciał ich strach gdy stanęli na
progu starej skoczni narciarskiej albo na przeszkodzie stanęło
lenistwo, bowiem zgodnie z cytowanym regulaminem zawodnicy
zobowiązani byli sami sobie usypać kickera.
Około 15 Komisja Sędziowska
udała się na naradę wojenną. Mimo elektronicznych zabawek
takich jak fotokomórka i laptop, rozdanie nagród mogło się
rozpocząć dopiero wieczorem, ale o tym na następnej stronie
>>>